Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
zdrowie i choroby
Szanowny Użytkowniku,
Zanim klikniesz 'Przejdź do serwisu', prosimy o przeczytanie tej informacji.
Zgodnie z art. 13 ust. 1 ogólnego rozporządzenia o ochronie danych osobowych z dnia 27 kwietnia 2016 r. (RODO), informujemy, iż Państwa dane osobowe zawarte w plikach cookies są przetwarzane w celu i zakresie niezbędnym do udostępniania niektórych funkcjonalności serwisu. W przypadku braku zgody na takie przetwarzanie prosimy o zmianę ustawień w stosowanej przez Państwa przeglądarce internetowej.
Administratorem Pani/Pana danych osobowych jest GO-MEDIA, z siedzibą ul. Stanisława Betleja 12 lok 10, 35-303 Rzeszów, VAT-ID: PL792-209-42-66.
Podanie danych jest dobrowolne ale niezbędne w celu świadczenia spersonalizowanej reklamy oraz dostępu do niektórych funkcjonalności serwisu.
Posiada Pani/Pan prawo dostępu do treści swoich danych i ich sprostowania, usunięcia, ograniczenia przetwarzania, prawo do przenoszenia danych, prawo do cofnięcia zgody w dowolnym momencie bez wpływu na zgodność z prawem przetwarzania, wszelkie wnioski dotyczące wskazanych powyżej praw prosimy kierować na adres email: gomedia@interia.pl.
dane mogą być udostępniane przez Administratora podmiotom: Netsprint S.A., Google LLC, Stroer Digital Operations sp. z o.o., w celu prowadzenia spersonalizowanej reklamy oraz dostępu do niektórych funkcjonalności serwisu.
podane dane będą przetwarzane na podstawie zgody tj. art. 6 ust. 1 pkt i zgodnie z treścią ogólnego rozporządzenia o ochronie danych.
dane osobowe będą przechowywane do czasu cofnięcia zgody.
ma Pan/Pani prawo wniesienia skargi do GIODO gdy uzna Pani/Pan, iż przetwarzanie danych osobowych Pani/Pana dotyczących narusza przepisy ogólnego rozporządzenia o ochronie danych osobowych z dnia 27 kwietnia 2016 r.
klikmapa.pl
[003] alicja-w-krainie-garow

Oceny dla wszystkich o wszystkim

.:: Licznik ::.
18107

.:: Księga 6::.
Dodaj do Księgi
Księga Gości

.:: Profil ::.




Dodaj do Ulubionych

.:: Archiwum ::.

2012
Sierpień
Lipiec


.:: Ulubieni ::.




.:: Linki ::.


Regulamin
Oceniający
Kolejka
Kryteria
Pytania, żale, prośby
Rekrutacja - OTWARTA
Zgłoś się!

.:: Opis ::.


Z chęcią ocenimy wszystkie blogi zaczynając od A do Z. Więcej dowiecie się wyżej. :)


Strona Główna

[003] alicja-w-krainie-garow

Witam serdecznie wszystkich. Otóż jest to moja pierwsza ocena na tym blogu, więc proszę nie krytykować. Dziś zajmiemy się blogiem pana Tomanka.



Adres bloga


Według mnie adres jest w porządku, jednak mylący. Jestem pewny, że wiele osób na początku przeczytało "czarów", zamiast "garów". Nie jest długi ani krótki, zdecydowanie w sam raz. Adres nie posiada skomplikowanych słów, czy też zagranicznych. Mimo to odejmę jeden punkt za minimalnie mylące słowo w adresie.

Liczba otrzymanych punktów: 4/5



Pierwsze wrażenie


Podoba mi się ten kolor. Nie jest ani jasny, ani ciemny, w sam raz. Duże, ładne litery tworzą estetyczny napis. Jednak według mnie cytat "kto nie ma żołądka, nie ma też serca" jest bez sensu. Oczywiście to tylko moje zdanie. Mimo to przydzielam maksymalną ilość punktów.

Liczba otrzymanych punktów: 10/10

 

 

Szablon


Co tu dużo mówić? Mi się podoba, nawet bardzo. Kolor, tak jak już napisałem, jest idealny. Jako pierwsze z góry posiadasz statystykę, a zaraz po niej menu, w którym znajduje się wszystko, co potrzebne. Niżej rozciąga się estetyczna notka, pisana czytelną czcionką, a na samym dole szeroka lista. Według mnie jest super.

Liczba otrzymanych punktów: 20/20



Treść


Ze względu na to, iż autor posiada średniej długości notki, dziś ocenie tylko dwa najnowsze rozdziały. Bierzmy się do dzieła.



Rozdział XIII


– Wiem już! Chodziłeś z Pawłem do klasy!
Całe szczęście, że kawiarnia przy kinie była prawie pusta. I tak moje głośne spostrzeżenie zwróciło uwagę wszystkich obecnych, z kelnerami włącznie.
Trochę przestraszyłam się, jak dobrą akustykę ma to spore pomieszczenie. Utrzymane było we wszystkich odcieniach czerwieni – od mdłego różu po graniczący z brązem szkarłat. Meble z ciemnego drewna usiłowano skomponować z wiśniowym kolorem ścian, jednak efekt psuły choćby zasłony o barwie nieświeżej mortadeli.
– Tak, w liceum – stwierdził Marek z lekkim zaskoczeniem. – Kolegowaliśmy się. Znasz go?
– To mój starszy brat. Zresztą dziś wieczorem do mnie przyjeżdża.
– Świat jest mały. Co u niego? Nie widzieliśmy się od kilku lat…
– W sumie w porządku. Został lekarzem. Pediatrą. Jeszcze niedawno chciał wyjechać do Ameryki, ale teraz chyba znalazł sobie jakąś niezłą posadę w Warszawie. -
(Tu powinien być myślnik)


Po co o tym mówiłam? Jakim cudem siedziałam naprzeciwko Marka w kawiarni? Dlaczego nie znalazłam tysiąca argumentów, by podziękować za zaproszenie na herbatę?
Rozmawialiśmy jak starzy znajomi, choć poznaliśmy się w dziwnych okolicznościach niecałe pół godziny wcześniej.
Kojarzyłam Marka głównie z początku liceum. Należał do nielicznej grupki przyjaciół mojego starszego o dwa lata brata. Parę razy był nawet u nas w mieszkaniu, ale wtedy ja, Janek i Emila dostawaliśmy od Pawła zakaz wychodzenia z pokoju.
Rozmowa szła gładko i sporo się o nim dowiedziałam. Urodzony siedemnastego lipca przystojny, inteligentny nauczyciel, po jakichś porządnych studiach, zamieszkujący pierwsze piętro czwartej kamienicy przy Powstańców Warszawy mógłby chyba mówić o sobie bez końca.
– Ożenił się już? – Marek wyglądał na zaciekawionego.
Boże, co za uśmiech! Godny co najmniej amerykańskiego aktora. Otrząsnęłam się, lecz  w gruncie rzeczy miałam przed sobą pierwszego faceta, który… naprawdę mi się podobał. Nie żebym się od razu zakochała, o nie! Ale jego kultura, delikatność i uśmiech, tak – przede wszystkim ten uśmiech, sprawiały, że wszystko we mnie podskakiwało. Jak biedny upieczony królik w moim…
Alicjo! Opanuj się!
– Nie, nie. I, jak sądzę, trochę się jeszcze zejdzie, nim mój wielmożny brat znajdzie wybrankę serca – stwierdziłam, krytykując w myślach wybujałą wyobraźnię. – A czy ty… masz kogoś?
To pytanie zamurowało mojego rozmówcę.
– Nie, nie mam – odparł po chwili.
Nawet szum świetlówek nie przerywał niezręcznego milczenia, które nastąpiło potem. Martwa cisza.
Strasznie głupio mi się zrobiło – ale nic nie poradzę.
Co za oczy! Jeszcze nigdy nie widziałam tak pięknego odcienia szmaragdu.
I wtedy, zupełnie niespodziewanie, przypomniałam sobie o Marcinie. Miałam zadzwonić…
Zerknęłam na zegarek. Pewnie wielki pan prawnik męczył jeszcze dozorcę, ale postanowiłam puścić mu esemesa.
– Przepraszam na chwilę… – Uśmiechnęłam się pretensjonalnie i wyciągnęłam komórkę.
– Nie ma sprawy.
W zasadzie nie pamiętam, co napisałam. Wspomniałam, że czekam w kawiarni i że nie musi się spieszyć. Ważne, żeby dostał mój numer.
– Już. Na czym skończyliśmy? No tak… – speszyłam się. – A może… masz jakieś hobby?
Marek chyba odetchnął.
– W zasadzie tylko muzykę i…
Zupełnie nieoczekiwanie przy naszym stoliku wyrósł zziajany Marcin.
– Tu jesteś… – Otarł czoło i oparł się o wolne krzesło. – Właśnie miałem cię szukać.
– Może… poznajcie się najpierw – zdecydowałam, widząc zaciekawioną minę mojego towarzysza. – No, już.
– Marek. Miło mi. – Nauczyciel wyciągnął rękę jako pierwszy.
– Marcin. Jesteście znajomymi? – Pytanie skierował raczej do mnie.
– Tak. Od niedawna, ale tak.
– Wspaniale – rzucił Marcin w próżnię. – A teraz – spojrzał na mnie – Musisz coś zobaczyć…
– Wybacz, jestem zajęta. Rozmawiamy – oznajmiłam.
– To naprawdę… straszne… i…
– Idź – powiedział Marek, wyjmując z portfela wizytówkę. – Pewnie cię tylko znudziłem.
– Skądże znowu. Sprawa Marcina przecież nie ucieknie.
– Właśnie. Nie ucieknie. A mogłaby.
Zabrzmiało to intrygująco.
– Też będę się zbierał. Nie przeszkadzam. – Marek wstał. – Dziękuję za rozmowę.
I ja podniosłam szanowne cztery litery.
– Wzajemnie. I za herbatę.
– Nie ma sprawy. – Podał mi rękę. – Odezwij się jeszcze, co?
– Na pewno. No, do zobaczenia.
Marek poszedł zapłacić, a ja wyszłam z Marcinem.
– Kto to jest? – spytał od razu.
– Mój znajomy – odrzekłam spokojnie. – A co?
– Nie, nic.
– Zazdrosny jesteś?
– Ja? O co?
– Nie wiem – rzuciłam. – Może o…
– Weź przestań. To jest poważna sprawa. Nie zabrałem cię z  kawiarni bez powodu.
– No, mam nadzieję. Oby to naprawdę była sprawa nie cierpiąca zwłoki.
– Muszę cię zasmucić. Zwłoki to tutaj kluczowa kwestia.
Zadrżałam.
– Jakie… zwłoki? – Głośno przełknęłam ślinę.
– Nie chcesz ich zobaczyć. Na pewno nie chcesz, ale trudno. Jeszcze nawet nie dzwoniłem na policję… – Prawnik przyspieszył kroku. – Może poznasz tę osobę.
Nigdy Aleja Piłsudskiego nie była tak długa. Starannie obsadzona młodymi drzewami, chyba klonami, z rzędami nieco zaniedbanych ceglanych kamienic sprawiała wrażenie niekończącej się.
Gdy wreszcie znaleźliśmy się przed bramą parku, Marcin przystanął.
– Pokażę ci miejsce, w którym ciotka spotykała się z dozorcą.
– Spotykała się? – spytałam z niemałym zaskoczeniem.
– Tak. Ale porozmawiamy o tym później. Idź za mną i nie narzekaj.
(Sądzę, że ja ciągnąłbym zdanie dalej)

Od samego początku miałam Marcina za niezrównoważonego psychicznie, ale w tym momencie uświadomił mi to najdobitniej. Zrobił kilka kroków alejką, rozglądając się dookoła, a po chwili, zupełnie niespodziewanie, jednym susem znalazł się w gąszczu krzaków.
– No chyba kpisz – warknęłam. – Ja mam niby tu skoczyć?
– Tak, i lepiej się pospiesz.
(Przed "i" nie stawiamy przecinków)

– Wiesz, ile kosztowała moja bluzka? A spódnica? Wy, faceci, nie macie takich problemów!
Gałęzie nieznanej mi rośliny rosły nad zarośniętym korytem wyschniętej rzeczki. Domyślałam się, że wychowanek ciotki wskoczył do niego i czekał, aż do niego zejdę.
(Nie potrzebne dwa przecinki)

– Mogłabyś się pospieszyć?
– Nie, nie mogłabym. Jesteś wariatem i…
Nie dokończyłam, bo coś świsnęło mi koło ucha.
– Terroryści, uciekaj, dziewczyno! – wrzasnął Marcin pełnym desperacji tonem.
– Gdzie?
– Uciekaj, strzelają z facjaty kamienicy! Prędzej!
Obok mnie coś upadło. Z przerażeniem skoczyłam w krzaki, choć chyba wolałabym zostać postrzelona.
– Wreszcie. Już zacząłem się niecierpliwić.
– Ciszej, jeszcze usłyszą… – szepnęłam przerażona.
– Kto? – Marcin faktycznie siedział tam, gdzie w moim dzieciństwie płynęła szara wstążka brudnej wody.
– Terroryści…
Ledwo widoczny uśmiech na twarzy Marcina natychmiast zasugerował, że żadnych terrorystów nie było.
– Zmyślałeś?
– Przecież. – Wzruszył ramionami. – Inaczej bym cię tu nie wciągnął. Ale nie wiedziałem, że rzucanie kamieniami będzie tak skuteczne.
(To zdanie powinno być w całości)

Wymieniłam pod nosem wszystkie przezwiska, jakie przyszły mi na myśl.
– Jesteś bezczelny. Bezczelny. Już nic mnie nie obchodzi. Sam sobie pomagaj.
– Spokojnie. Uwierz, że nie jestem w nastroju do żartów. Chodźmy lepiej.
– Nie, ja tu zostaję. Albo wracam do domu.
– Droga wolna. Jednak nigdy sobie nie wybaczysz, że mnie nie posłuchałaś.
Wstałam i podeszłam do niego.
– Skoro już jestem, to może faktycznie odwrót nie ma sensu. No, co chcesz mi pokazać?
Poszliśmy korytem rzeczki. Z rosnącym niepokojem zauważyłam, że zbliżamy się do ruin starej stróżówki.
Ze wszystkich stron była ona otoczona drucianym ogrodzeniem. Dało się przez nie przejść tylko przez dziury, które kiedyś zamykała płynąca woda.
– Mamy przeleźć pod płotem? – spytałam zaniepokojona.
– Osobiście nie widzę innego wyjścia.
Marcin prześlizgnął się zgrabnie i szybko. Inaczej było ze mną. Ile się namęczyłam, nawet nie wspomnę.
Powoli kroczyliśmy wzdłuż popękanych ścian, szukając wejścia. Udało się.
– Teraz musisz zacisnąć zęby. Widok może być… sama zobaczysz.
Pouczona tą radą zanuciłam w myślach jakiegoś marsza wojskowego i wprost z przedsionka weszłam do dużego pomieszczenia.
– I co chciałeś…
Zamilkłam.
O nie.
To sen. Koszmar.
Na pewno.
Na podłodze leżała w kałuży krwi całkiem blada Magda z nożem w sercu i kasztanowym warkoczem w poranionych dłoniach.
("Jakiś marsz", prawda?)

No, no... Musze stwierdzić, że notki takiego typu bardzo miło się czyta. Błędy są popełniane niezwykle rzadko, co jest oznaką, że autor wkłada serce w to, co robi. Zobaczmy, czy kolejny rozdział również wywrze na mnie dobre wrażenie.

Rozdział XII

Ledwo przekroczyłam próg księgarni, a uderzył mnie aromatyczny zapach kawy. Jak zwykle.
– Och, kto to przyszedł! Alicja!
(Sądzę, że to zdanie wyglądałoby lepiej, gdyby dodało się "a")

– Dzień dobry – powiedziałam cicho, jakbym nie chciała zburzyć idealnej harmonii pomieszczenia. – Owszem, to ja.
– Dawno u mnie nie byłaś – stwierdziła sucho pani Izabela, lecz natychmiast wypogodniała.
– I dlatego przyszłam to nadrobić.
– A jak postępy w…
– Brak – ucięłam.
Sprzedawczyni zawsze uchodziła za osobę towarzyską, choć zazwyczaj była samotna. Owdowiała po siedmiu latach małżeństwa, ale przez prawie ćwierć wieku nawet nie ruszyła palcem, by znaleźć kolejnego męża. Za to sprawy matrymonialne względem innych mogła snuć godzinami.
(Zgubiłeś słowo "nie")

– Chcesz coś kupić?
– Tak – powiedziałam, by jakoś rozpocząć wywiad. – Co pani poleca?
– Może coś z nowości? Zerknij na pierwszy regał.
Podeszłam do książek, ale pani Izabela najwidoczniej nie była zainteresowana zainicjowaniem rozmowy.
– Trudno się zdecydować… – rzuciłam w stronę biurka. – Pomoże mi pani?
– Nie lubisz ani amerykańskich, ani biograficznych, ani mrocznych, ani… – przerwała na chwilę. – W zasadzie to ty niczego nie lubisz.
Przyjęłam tę uwagę z zaciśniętymi zębami.
– A są jakieś detektywistyczne?
– Jakie? – Sprzedawczyni wytrzeszczyła oczy.
– No, z detektywami i takimi tam. Muszę się podszkolić.
– Dziecko, co ty mówisz?!
– Chcę się nauczyć tropić pewne rzeczy.
Pani Izabela usiadła z wrażenia.
– Na przykład? – spytała.
– Na początek zamierzam…  – przerwałam, by zbudować napięcie – zbadać tragiczne losy… – znów umilkłam – istoty, po której zostały jedynie szczątki…
– Matko i córko! O kim mówisz?
– Spokojnie. Tylko o robaku, który zginął wczoraj pod kołami mojego roweru.
– Kamień z serca! – odetchnęła sprzedawczyni. – Już myślałam, że zaczniesz się bawić w detektywa.
– W sumie, w pewnym stopniu…
– Zdecyduj się wreszcie.
– Zamierzam w najbliższym czasie przeprowadzić drobne śledztwo w sprawie… biżuterii mojej ciotki. Tak, biżuterii.
– Powodzenia. O, zobacz, ta książka ostatnio dobrze się sprzedaje…
Pani Izabela w ogóle nie zwróciła uwagi na ukrytą w wypowiedzi aluzję i podała mi wypociny jakiegoś popularnego amerykańskiego powieściopisarza.
– Chodzi o biżuterię ciotki Weroniki – rzuciłam znacząco. – Weroniki Nurstiller.
Sprzedawczyni nagle sposępniała.
– Pokój jej duszy. Gdyby miała więcej rozumu, żyłaby do dziś.
– Dlaczego?
– Kilka dni przed śmiercią powiedziała mi, że czuje się obserwowana. Kazałam jej pójść z tym na policję. Ale nie poszła.
(To zdanie powinno być w jednej całości)

– Zginęła w wypadku samochodowym, więc cóż po obserwowaniu?
Dzwonki przy drzwiach księgarni cicho zadzwoniły.
– Wybacz, nie mogę teraz rozmawiać. Z resztą, chciałabym ci coś pokazać. Jutro, albo pojutrze. Mam w domu…
Krótką pauzą dała mi od zrozumienia, że nie mam na co liczyć.
(Powinno być "do", prawda?)

– Dzień dobry, w czym mogę służyć? – spytała nową klientkę.
– Dziękuję, chciałabym się rozejrzeć.
Wysoka kobieta w średnim wieku podeszła do regału. Przyjrzałam się jej twarzy. Była do kogoś dziwnie podobna. Zapach, który po sobie pozostawiała, też coś mi przypominał.
– Przepraszam, czy my się znamy? – Moje pytanie zabrzmiało nieco infantylnie, ale nie zamierzałam się wysilać.
– Wybaczy pani, ale chyba nie. – Kobieta była wyraźnie zaskoczona.
– Przepraszam, musiałam wziąć panią za kogo innego. Pójdę już – dodałam. – Do widzenia. Niebawem, mam nadzieję, tu zajrzę. Jutro, albo pojutrze…
– A książka? – usłyszałam jeszcze poirytowany głos pani Izabeli, zamykając szybko drzwi księgarni i kierując się w stronę placyku przed kościołem.
Po kilku chwilach intensywnego marszu przystanęłam na rogu. Cały wywiad zajął mi może trzy minuty i niczego się nie dowiedziałam. Prawie niczego.
Wyciągnęłam z torebki komórkę. Sześć nieodebranych połączeń. Od poprzedniego wieczoru telefon był wyciszony – nic dziwnego, że żyłam w błogiej nieświadomości.
Zwariowana kuzynka z Gdańska. Zignorowałam.
Jej równie wesoły brat. Ten sam los.
Rita.
Rita.
Rita.
Rita.
No tak. W kuchni trwało zapewne dochodzenie w sprawie Magdy.
Kuzynostwo dzwoniło zawsze nie w porę, więc osiemnasta dwanaście i dwadzieścia trzy nie zrobiły na mnie wrażenia. Za to cztery telefony od Rity w pewien sposób zaskoczyły mnie. Próbowała ze mną porozmawiać tuż po dwudziestej.
Bez specjalnych chęci wcisnęłam zieloną słuchawkę i połączyłam się z kelnerką.
– Cześć, Alicja z tej strony – rozpoczęłam. – Czego wczoraj chciałaś?
– Ala… Ala…
– Owszem, tak mnie rodzice ochrzcili. Na drugie mam Maria, wiesz?
– Och, Ala…
Zdałam sobie sprawę, że Rita byłą czymś dogłębnie wstrząśnięta. Mój wcześniejszy żartobliwy ton zupełnie nie pasował od powagi sytuacji.
– O co chodzi?
– Nadal nie wiesz, co z Magdą?
– Nie – burknęłam sucho.
– A my chyba zaczynamy rozumieć… i bać się zarazem.
– Tak?
– Dzwonił do kuchni jakiś facet. Powiedział, że w każdej chwili Magda może zginąć. I że jej los zależy tylko od nas. Ale chyba jest już za późno.
(Niepotrzebnie zrobiłeś z tego dwa zdania, nie sądzisz?)

– To znaczy? – Niczego nie rozumiałam.
– Powiedział, że… och, powiedział, że…
Westchnęłam, wkraczając na chodnik przy Piłsudskiego. Rita była najwidoczniej przerażona i miała problemy z wysłowieniem się.
(Zgubiłeś słowo)

– Spokojnie. Nikt cię nie goni.
– Powiedział, że… do północy masz czas, żeby położyć na skrzynce na listy jakiś zaplombowany album spod łóżka twojej ciotki. Zastanawialiśmy się nad tym, ale…
– Dokładnie tak mówił?
– Niestety. I wiesz, czym zagroził… – Rita zasugerowała odpowiedź tonem głosu.
– Powiedział wam, że zabije Magdę?
– Tak.
– O matko… chyba jakaś głupia książka nie jest tyle warta! Dzwoniłaś na policję?
– Przecież. Obiecali zająć się tą sprawą.
– Kurczę, dzień mnie nie ma, a już się o wszystkim muszę dowiadywać przez telefon. Jak wrócę do domu, to sprawdzę, co to za album.
– Adam powiedział, że najbezpieczniej będzie, jeśli schowasz go albo oddasz policji. W końcu nigdy nie wiadomo, kto może na nią czyhać…
– W porządku. Jutro pogadamy.
– Ala… czy myślisz, że on ją zabił?
– Nie sądzę. Znając Magdę, nie pozwoliła się nawet dotknąć. No, trzymaj się.
– Uważaj na siebie! Żebyś i ty nie zaginęła!
Rozłączyłam się. W pewnym sensie poczułam odpowiedzialność za porwanie Magdy. Gdybym odebrała telefon, mogłabym wziąć to przeklęte coś i zostawić na skrzynce.
Ale zaraz. Coś tu się kupy nie trzyma: moja przyjaciółka – o ile mogę ją tak nazwać, bo ostatnio byłyśmy co najwyżej koleżankami – zniknęła w środę wieczorem. W zasadzie w czwartek nad ranem a włamanie do mojego mieszkania miało miejsce późnym popołudniem.
(Zamiast myślnika powinien być przecinek)

Zatem związek między porwaniem, a włamaniem nie był bezpośredni.
(Zapomniałeś o przecinku)

Może to i dobrze?
Zasadniczo powinnam była wrócić do domu albo nawet pojechać do hotelu. Sprawa Magdy pachniała znacznie gorzej. I bardziej nagliła.
Dociekanie historii rodowej ciotki Weroniki wyglądało raczej na głupią przepytankę jej znajomych.
Marcin musiał mieć wyraźnie określony cel. Tylko jaki?
Wyjęłam karteczkę od niego i powoli wpisałam numer, następnie próbując go zapisać. Nie znoszę takich ceregieli!
Mniej więcej wtedy, gdy głupia komórka pytała, czy aby na pewno zapisać numer jako „Prawnik-szaleniec”, ktoś złapał mnie za rękę.
– Pani uważa…!
Natychmiast zatrzymałam się.
O matko.
O matko!
Stałam na krawężniku przy Piłsudskiego i tuż przed moim nosem przejechał żółty autobus z odgrażającym się kierowcą.
Jeszcze chwila i zbierano by mnie w woreczki.
Odwróciłam się. Za rękę trzymał mnie facet w moim wieku. Po chwili puścił kończynę kucharki, która powinna już stać przed Boskim Trybunałem, i uśmiechnął się niewyraźnie.
(Przed "i" nie stawiamy przecinków)

– Mało brakowało!
– O tak… – szepnęłam, próbując wyjść z szoku. – Ja… dziękuję!
– Nie ma za co.
Przez chwilę staliśmy tak zupełnie bez reakcji. Czułam na sobie wzrok nieznajomego, więc zaczęłam gapić się na czubki butów.
– Jestem Marek. Miło mi.
– Alicja. – Zupełnie nie wiedziałam, jak się zachować. – Poczekaj… skąd ja cię kojarzę…?

Musze przyznać, że w tej notce popełniłeś minimalnie więcej błędów. Mimo to muszę przyznać, że zszokowało mnie to, że popełniasz naprawdę bardzo małą ilość błędów. Jak by to nazwali inni? Talent? O tak, talent. Gratuluje, naprawdę.

Liczba otrzymanych punktów: 27/30



Tematyka


Posiadasz bloga, gdzie opisujesz życie młodej kobiety, którą sam wymyśliłeś, dokładnie tak, jak resztę bohaterów, fabule, tytuł... Opowiadania tworzone przez siebie samych, nie opierające się na żadnych filmach, anime lub jakichkolwiek kreskówek,  są rzadko spotykane. Gratuluje po raz drugi.

Liczba otrzymanych punktów: 10/10


Punkty dodatkowe


Niestety, ale tutaj nie mogę przydzielić ani jednego punktu. Nie posiadasz żadnych dodatków w menu, ani nic innego, za co mógłbym przydzielić owe punkty. Przykro mi.

Liczba otrzymanych punktów: 0/5


Podsumowanie


Otrzymana ilość punktów: 71


Maksymalna ilość punktów: 80


Ocena: Znakomita

Naprawdę zasłużyłeś na tą ocenę. Blog jest zadbany i estetyczny. Widać, że się bardzo starasz podczas pisania rozdziałów. Nie mam pojęcia, co mogę jeszcze dodać... Chyba tylko jedno słowo: gratulacje.



Andziuch 18:36:50 2/08/2012 [Powrót] Komentuj



Dzięki. Dobrze, że zwróciłeś uwagę na kilka literówek, ale - niestety to, że przed "i" nie stawiamy przecinka, nie jest zasadą absolutną - we wtrąceniach nieumieszczenie go byłoby błędem interpunkcyjnym.

Pozdrawiam,
Tomanek
Tomanek 20:34:13 2/08/2012
brak hosta | brak www IP: 79.162.197.116